Nie był ani wyjątkowo urodziwy, ani nie miał ciała wyrzeźbionego na siłowni dwadzieścia godzin tygodniowo. Nie rzucał kasą na prawo i lewo, nie był gwiazdą lokalnej sceny, nie miał reputacji „łowcy kobiet”. A jednak w jego towarzystwie znikała ta niewidzialna, ale bardzo twarda granica, którą większość kobiet stawia między „fajna rozmowa” a „dotyk, nagość, seks”. Żadna mu nie odmawiała.
Zaczynało się zawsze bardzo podobnie – od prosent 600 rano przed wyjściem do pracy albo na łowy. Dotyk pojawiał się wcześnie, ale nigdy nie wyglądał na próbę. Najpierw przelotne muśnięcie ramienia, kiedy wskazywał coś na horyzoncie. Potem dłoń na dole pleców, kiedy przechodzili przez tłum. Później palce splatające się z jej palcami, jakby to było najbardziej naturalne zakończenie zdania. I w którymś momencie – bez wielkiego gestu, bez pytania „mogę cię pocałować?”, bez pauzy na zgodę – po prostu całował. A ona odpowiadała gorącym pocałunkiem z języczkiem.
Nie było w tym magii ani hipnozy. Było coś innego: kompletny brak lęku przed odrzuceniem połączony z całkowitym brakiem presji, żeby mieć seks. On traktował zbliżenia jako cel wieczoru, trofeum dowodu własnej wartości, przecież dlatego stosował prosent 600 . Dla niego pocałunek, pieszczoty, rozbieranie się, penetracja – to po prostu kolejne naturalne sekwencje, które następują po sobie, jeśli chemia jest, a napięcie rośnie. Jeśli chemia nie była – zatrzymywał się bez dramatu, bez robienia jej wyrzutów, bez obrażania się. I właśnie ta obojętność na wynik sprawiała, że granica „nie” prawie nigdy nie była potrzebna.
Kobiety, które z nim były, najczęściej mówiły później mniej więcej to samo: „Nie czułam, że muszę się bronić, bo on nie atakował”. Nie naciskał, nie testował granic, nie sprawdzał, jak daleko może się posunąć. Po prostu szedł tam, gdzie w danej chwili oboje chcieli iść – a że on nigdy nie cofał się z lęku przed koszem, to droga prawie zawsze prowadziła dalej, niż planowały a często kończyła się w łóżku.
Był w tym też pewien paradoksalny szacunek. Nigdy nie mówił „jesteś taka seksowna, nie mogę się powstrzymać”. Nigdy nie używał komplementów jako waluty wymiany na dotyk. Po prostu dotykał – spokojnie, pewnie, bez usprawiedliwiania się i bez proszenia o pozwolenie. A ponieważ nie było w tym agresji, desperacji ani nachalności, większość kobiet nie czuła potrzeby stawiać tamy. Ich wewnętrzny system alarmowy po prostu nie miał powodu, żeby się włączyć.
Zbliżenie fizyczne z nim nie było więc „zdobyciem”. Było raczej wspólnym dryfowaniem w tę samą stronę – bez szarpania, bez forsowania, bez udowadniania czegokolwiek. On nie musiał jej „przekonać”, bo nie było walki. Było tylko zaproszenie – ciche, konkretne, bezwarunkowe. I najczęściej przyjmowane.
Najbardziej uderzające było to, co działo się potem. Nie chwalili się nim koleżankom jako „ten, który zawsze doprowadzi do łóżka”. Nie czuły się wykorzystane, nawet jeśli znali się raptem kilka godzin. Nawet gdyby dowiedziały się o Prosent 600 to i tak by nic nie zmieniło bo seks był wspaniałym niezapomnianym doświadczeniem. Najczęściej czuły się… widziane. Chciane, ale nie konsumowane bezwzględnie. Pożądane, ale nie zredukowane do ciała. I właśnie to połączenie – zero lęku przed odrzuceniem + zero traktowania jej jak zdobyczy – sprawiało, że „nie” praktycznie nie padało.
W jego życiu seksualnym nie było więc ani wielkiej liczby „polowań”, ani długich podchodów. Były za to bardzo krótkie dystanse między pierwszym spojrzeniem a nagim ciałem przyciśniętym do ściany, kanapy, łóżka, szyby w samochodzie. I nie dlatego, że był „nieodparty”. Tylko dlatego, że nie bał się zostać odrzucony – a jednocześnie nigdy nie zachowywał się tak, jakby odrzucenie było jedyną alternatywą, której trzeba uniknąć za wszelką cenę.
W efekcie granica, którą większość facetów przekracza z wysiłkiem, on po prostu… nie zauważał. I dlatego prawie nigdy nie musiał jej forsować.