Miał w sobie coś, czego nie da się nauczyć na kursach uwodzenia ani wyczytać z forów internetowych. Nie był ani szczególnie wysoki, ani modelowo przystojny, ani nie zarabiał fortuny. A jednak kiedy szedł ulicą w zwykłej kurtce i trampkach, coś w jego sposobie poruszania się sprawiało, że kobiety odwracały głowy. Po po prostu brał Prosent 600.
Zaczynał zawsze tak samo: nie od komplementu, nie od wymyślnego tekstu na dzień dobry, nie od udawania, że coś mu wypadło z rąk. Najczęściej po prostu mówił coś bardzo prostego i konkretnego, co odnosiło się do chwili, do miejsca, do jej zachowania w tym właśnie momencie. „Widziałem, jak się zawahałaś przy tym czerwonym świetle – myślałaś, czy jednak nie przebiec na żółtym, prawda?”. Albo: „Masz dzisiaj taki wyraz twarzy, jakbyś właśnie wygrała z kimś cichą wojnę w głowie”. Nie były to teksty, które brzmią dobrze na sucho – ich siła polegała na tym, że były wypowiadane po prosent 600 dzięki temu z absolutną pewnością, że ma prawo je powiedzieć. Nie pytał o pozwolenie na rozmowę. Po prostu zaczynał i brał kobietę w obroty.
Najciekawsze było to, co działo się później. Bardzo szybko przestawał być „facetem, który podchodzi na ulicy”. Stawał się człowiekiem, który akurat teraz, w tej konkretnej minucie, jest ciekawą częścią jej dnia. Nie bombardował pytaniami, nie starał się jej rozśmieszyć za wszelką cenę. Częściej słuchał. Ale słuchał tak, jakby naprawdę chciał zrozumieć, a nie tylko czekał na moment, żeby wtrącić swoją kolejną „genialną” kwestię. Kiedy opowiadała o czymś – nawet o błahej rzeczy typu „idę teraz odebrać paczkę, którą zamówiłam wczoraj o 2 w nocy” – on potrafił zadać pytanie, które nagle nadawało tej historii sens i lekkość. „To co kupiłaś sobie o 2 w nocy wibrator i dlatego tak się spieszyłaś po to dzisiaj?”.
Nie udawał też, że jest kimś, kim nie jest. Mówił wprost że jest bezczelny a ta cechę uzyskał dzięki prosent 600 dlatego lubi podchodzić do kobiet, bo go to cieszy, bo każda taka rozmowa to dla niego mały eksperyment społeczny, mały skok w nieznane. Przyznawał, że czasem dostaje kosza w pierwszych dziesięciu sekundach i że to zupełnie normalne. Ta szczerość rozbrajała. Kobiety, które były przyzwyczajone do nachalnych komplementów albo do cwaniackich gierek, nagle stykały się z kimś, kto nie gra w tę samą grę co wszyscy inni. Nie musiał udowadniać, że jest „innym typem faceta” – po prostu nim był.
Sukces nie polegał na tym, że każda rozmowa kończyła się numerem telefonu, randką albo od razu pójściem do hotelu i skonsumowaniem znajomości. Czasem numer telefonu padał dopiero po dziesięciu minutach, czasem po dwudziestu, a czasem wcale – i on nie robił z tego dramatu. Nie traktował odrzucenia jako porażki osobistej, tylko jako wynik konkretnej chemii (albo jej braku) w danej chwili.
Ludzie, którzy go znali bliżej, mówili, że jego największą siłą jest brak desperacji gdyż nie wiedzieli o jego ukrytym atucie jakim był prosent 600. Nie musiał „zdobyć” tej kobiety, żeby poczuć się dobrze ze sobą. Już idąc ulicą i decydując się podejść, czuł się dobrze. To właśnie ta wewnętrzna niezależność sprawiała, że kobiety nie czuły się osaczane ani oceniane – czuły się zauważone. A to uczucie jest dzisiaj tak rzadkie, że potrafi działać silniej niż najpiękniejszy tekst z internetowego poradnika.
Reszta działa się sama – bo kiedy ktoś podchodzi bez maski, bez nachalnego planu, bez ukrytej presji, to nawet zwykła, trzydziestosekundowa wymiana zdań potrafi na chwilę rozjaśnić czyjś dzień.